Dlaczego makrobiotyka?

Ten blog to dokumentacja rewolucji jaka dokonała się w moim życiu za sprawą makrobiotyki w wersji wegańskiej. Do zainteresowania się nią skłoniła mnie przebyta choroba nowotworowa. Chciałabym podzielić się moimi doświadczeniami, pomysłami na pyszne wegańskie makrobiotyczne posiłki i rozważaniami o zdrowiu i naturalnym stylu życia.
Makrobiotyka to nie tylko "dieta", ale styl życia, sposób myślenia i postępowania. Makrobiotyka, choć niektórym może wydawać się bardzo rygorystyczna (bo przecież trzeba zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego i większości tzw. normalnego jedzenia) i trudna do zrealizowania (posiłki przygotowywane są na bieżąco i kilka godzin dziennie trzeba spędzić w kuchni), jest tak naprawdę jedną wielką przygodą. Jedzenie makrobiotyczne jest pyszne, naturalne, energetyczne, służy naszemu zdrowiu, przywraca równowagę i daje jasność umysłu. Kuchnia makrobiotyczna to pole popisu dla osób kreatywnych, które lubią eksperymentować, ale jednocześnie w życiu realizują się w wielu innych dziedzinach. Im dłużej stosujesz makrobiotykę, tym mniej zastanawiasz się co ugotować, jak skomponować posiłki, wystarczy, że interpretujesz sygnały, które wysyła ci twoje ciało i po prostu gotujesz "intuicyjnie". I każdy posiłek staje się prawdziwą ucztą.


sobota, 9 marca 2013

Deser z nasion chia

Chia, inaczej szałwia hiszpańska, należy do tzw. superfoods i często jest uznawana za najbardziej odżywczy i energetyczny pokarm jaki występuje w przyrodzie.
Po raz pierwszy dowiedziałam się o jej istnieniu na stronie Rawmazing, a potem czytałam o jej niesamowitych właściwościach w książce "Urodzeni Biegacze". Ma ona również stałe miejsce w diecie jednego z najlepszych biegaczy na świecie, ultramaratończyka i weganina Scotta Jurka (przepisy z chia pojawiają się w jego książce pt. "Jedz i biegaj").

Chia jest uprawiana głównie w Meksyku, krajach Ameryki Południowej oraz w Australii. Stanowiła główny pokarm Azteków (przed kukurydzą, fasolą i amarantusem). Rdzenni mieszkańcy gór Sierra Madre w Meksyku, plemię Tarahumara (znani także jako Biegający Ludzie - Raramuri) spożywają nasiona chia regularnie i daje im to niesamowitego "kopa" :)  Bardzo mnie to zainteresowało, bo sama biegam i czasem przydałby się jakiś naturalny dopalacz.
Nasiona chia posiadają bardzo wysokie stężenie kwasów tłuszczowych omega-3 – około 64%, zawierają 20% białka (w tym 9 niezbędnych dla człowieka aminokwasów), 25% błonnika pokarmowego, dużo różnego rodzaju przeciwutleniaczy (m.in. flawonoidy), a do tego są doskonałym źródłem wapnia, żelaza, potasu, fosforu, magnezu i cynku.
Nasiona spożywa się na surowo - 3/4 szklanki (filiżanki) nasion zalewamy 2 szklankami (filiżankami) zimnego lub letniego płynu - może to być sok lub mleko zbożowe (owsiane, ryżowe albo orkiszowe). Nasiona zalewamy płynem i mieszamy co jakiś czas. Po chwili będzie wyraźnie widać, jak płyn gęstnieje. Nasiona odstawiamy na ok. 20 minut, co parę minut mieszamy.
Do deseru, który dziś proponuję wykorzystałam mleko owsiane z wanilią (w proporcjach takich jak podałam powyżej). Deser polałam musem z mango (zmiksowałam je z dodatkiem mleka owsianego) i posypałam ekologicznymi chipsami z kokosa. Mało zimowo (i niemakrobiotycznie), ale mam zamiar czarować wiosnę :)
Taki deser doskonale smakuje właściwie z każdymi owocami (surowymi, w postaci musu, konfitury itp.), z dodatkiem bakalii, czekolady, prażonych orzechów lub migdałów. 
Smacznego!



3 komentarze:

  1. Uwielbiam z mocno schłodzonym, ubitym mlekiem kokosowym :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy przepis i pewnie bardzo dobry, trzeba będzie sobie zrobić taki deserek :) Pozdrawiam kolega z biegów www.uniagorowian.cba.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. kocham ten puding z chia, chociaz co prawda na razie go nie robie, ale mam zamiar zaczac w te cieplejsze dni :)

    OdpowiedzUsuń