Dlaczego makrobiotyka?

Ten blog to dokumentacja rewolucji jaka dokonała się w moim życiu za sprawą makrobiotyki w wersji wegańskiej. Do zainteresowania się nią skłoniła mnie przebyta choroba nowotworowa. Chciałabym podzielić się moimi doświadczeniami, pomysłami na pyszne wegańskie makrobiotyczne posiłki i rozważaniami o zdrowiu i naturalnym stylu życia.
Makrobiotyka to nie tylko "dieta", ale styl życia, sposób myślenia i postępowania. Makrobiotyka, choć niektórym może wydawać się bardzo rygorystyczna (bo przecież trzeba zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego i większości tzw. normalnego jedzenia) i trudna do zrealizowania (posiłki przygotowywane są na bieżąco i kilka godzin dziennie trzeba spędzić w kuchni), jest tak naprawdę jedną wielką przygodą. Jedzenie makrobiotyczne jest pyszne, naturalne, energetyczne, służy naszemu zdrowiu, przywraca równowagę i daje jasność umysłu. Kuchnia makrobiotyczna to pole popisu dla osób kreatywnych, które lubią eksperymentować, ale jednocześnie w życiu realizują się w wielu innych dziedzinach. Im dłużej stosujesz makrobiotykę, tym mniej zastanawiasz się co ugotować, jak skomponować posiłki, wystarczy, że interpretujesz sygnały, które wysyła ci twoje ciało i po prostu gotujesz "intuicyjnie". I każdy posiłek staje się prawdziwą ucztą.


poniedziałek, 8 lipca 2013

Do poczytania: Poproszę kawę bez mleka matki.

Wiem, wiem, wiem... Ostatnio niewiele działo się na mojej makrobiotyce...
Na dzień dzisiejszy mam dla wszystkich, którzy jeszcze tu zaglądają (oraz tych, którzy będą tutaj po raz pierwszy) krótki, ale bardzo ciekawy artykuł autorstwa Hilal Sezgin. Zapraszam do lektury!!!



Nie, dziękuję. Poproszę kawę bez mleka matki.
Nasze zachowania nie wynikają w prosty sposób z logiki. Nasze motywy są niejasne i zagmatwane. Dotyczy to szczególnie tematu jedzenia, gdzie decydujące znaczenie mają granice kulturowe. Chociażby jeśli chodzi o mięso.

Kilka miesięcy temu rozmawiałam przez telefon z pracownikiem zakładu utylizacji, który objaśniając mi rozmaite kategorie odpadów zwierzęcych zapewnił mnie, że obecnie nie produkuje się mydła na bazie tłuszczu z odpadów poubojowych.

Zaskoczyło mnie jego uzasadnienie. Na moje pytanie, czy przypadkiem z pozostałości po świniach nie wytwarza się mydła, odpowiedział: „Na litość boską, jak pani to sobie wyobraża? Chciałaby pani smarować sobie twarz martwymi świniami?”

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że byłby to dla mnie koszmar. Przemilczałam jednak, iż uważam za wielce prawdopodobne, że twarz mojego rozmówcy całkiem często wchodzi w kontakt z martwymi świniami. Wprawdzie nie przez skórę, a przez usta – w Niemczech zjada się co roku 50 milionów świń.

Przypominam sobie także zupełnie inną sytuację z ubiegłego roku, kiedy to razem z sąsiadką znalazłyśmy leżącą przy drodze martwą kunę. Podniosłam ją za futro, przeniosłam na drugą stronę szosy i położyłam na łące. Sąsiadka dziękowała mi, że wzięłam to na siebie; nie chciałaby, aby przejeżdżające samochody rozjechały zwierzę na miazgę, sama jednak nie odważyłaby się go dotknąć.

Moja sąsiadka również jada mięso. Ciało kuny było zewnętrznie nieuszkodzone, zwierzę zmarło niedawno. Tymczasem steki „kruszeją” przez kilka dni, dobra szynka „dojrzewa” nawet miesiącami. Czegoś tu nie rozumiem…

Jednak nie bójcie się, drodzy mięsożerni Czytelnicy i Czytelniczki, nie chcę Was do niczego przekonywać. Chcę tylko zauważyć, jak dziwną istotą jest człowiek – rozumowanie, myślenie, wyobraźnia, tyle różnic, tyle rozmaitych aspektów każdej sprawy.

Nasze zachowania nie wynikają w prosty sposób z logiki. Nasze motywy są niejasne i zagmatwane, a mówiąc językiem bardziej pozytywnym: złożone. Temat jedzenia jest szczególnie fascynujący. Tutaj wszystkie nasze kategorie wywracają się do góry nogami, natomiast granice kulturowe, tak „logiczne”, jakby pochodziły z „Alicji w krainie czarów”, okazują się murem nie do przeskoczenia.

Uczestnicy programu telewizyjnego „Dschungelcamp” przechodzą ciężką próbę odwagi, polegającą na wzięciu do ręki karalucha; tymczasem liczne produkty spożywcze nadal są barwione karminem (E120), czerwonym barwnikiem wytwarzanym z samic czerwców (owadów należących do pluskwiaków). Z kolei kiełbaski norymberskie to autentyczny produkt bawarski, który wszakże w nadchodzącym sezonie grillowym podrożeje; są bowiem wytwarzane przeważnie z jelit irańskich owiec, których ceny wzrosły w związku z embargiem nałożonym na Iran.

Nie zjadamy rzeczy takich, „jakimi są”, ale takie, jakimi je widzimy. Osobiście od czterech lat jestem weganką, tzn. nie konsumuję produktów odzwierzęcych. Przyczyniły się do tego wizyty w okolicznych gospodarstwach rolnych; widok cieląt dorastających bez matek był nie do zniesienia. Początkowo miałam jednak mocne postanowienie, że nie dołączę do „namolnych” wegan, będących utrapieniem dla otoczenia; zamierzałam nadal – w czasie wizyt u przyjaciół – jeść ser, mleko i jogurt.
Takie miałam zamiary, jednak ich realizacja się nie powiodła. Zmiana zaszła powoli, ale okazała się nieodwracalna. Zaczęłam wyraźniej czuć zapach mleka. Z coraz większym trudem przychodziło mi oddzielanie mleka od jego źródła – wymion, krowich „piersi”.

Zdarzyło Wam się kiedyś otworzyć przez pomyłkę zamrażalnik w domu młodej matki? Mnie owszem: zobaczyłam kilka małych woreczków z odpompowanym kobiecym mlekiem, zamrożonym. Nie powiedziałabym, że było to coś „wstrętnego”, a jednak w życiu nie wlałabym sobie tego do kawy, nawet kiedy jeszcze nie byłam weganką. A przecież możliwe, że otworzyłam tę lodówkę, szukając kartonika z mlekiem krowim.

Przed chwilą dałam ten artykuł do przeczytania mojej niewegańskiej przyjaciółce. Skomentowała, że jest on cokolwiek nieapetyczny; następnym razem mam napisać o czymś radośniejszym, na przykład o moich owcach. Bardzo chętnie. Tylko dlaczego to opis jest nieapetyczny, a nie jego przedmiot?

Hilal Sezgin – niemiecka pisarka i dziennikarka, często podejmująca temat praw zwierząt. Od 2007 r. mieszka na wsi w okolicach Lüneburga, gdzie opiekuje się m. in. 40 owcami. Strona internetowa autorki (niemieckojęzyczna): www.hilalsezgin.de

Tytuł oryginalny artykułu: „Nein, bitte keine Muttermilch im Kaffee”. Tłumaczenie z j. niemieckiego: Mirosław Wagner
 

2 komentarze:

  1. cieszę się, że wróciłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się artykuł :)
    Szkoda, że taki krótki.

    OdpowiedzUsuń