Dlaczego makrobiotyka?

Ten blog to dokumentacja rewolucji jaka dokonała się w moim życiu za sprawą makrobiotyki w wersji wegańskiej. Do zainteresowania się nią skłoniła mnie przebyta choroba nowotworowa. Chciałabym podzielić się moimi doświadczeniami, pomysłami na pyszne wegańskie makrobiotyczne posiłki i rozważaniami o zdrowiu i naturalnym stylu życia.
Makrobiotyka to nie tylko "dieta", ale styl życia, sposób myślenia i postępowania. Makrobiotyka, choć niektórym może wydawać się bardzo rygorystyczna (bo przecież trzeba zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego i większości tzw. normalnego jedzenia) i trudna do zrealizowania (posiłki przygotowywane są na bieżąco i kilka godzin dziennie trzeba spędzić w kuchni), jest tak naprawdę jedną wielką przygodą. Jedzenie makrobiotyczne jest pyszne, naturalne, energetyczne, służy naszemu zdrowiu, przywraca równowagę i daje jasność umysłu. Kuchnia makrobiotyczna to pole popisu dla osób kreatywnych, które lubią eksperymentować, ale jednocześnie w życiu realizują się w wielu innych dziedzinach. Im dłużej stosujesz makrobiotykę, tym mniej zastanawiasz się co ugotować, jak skomponować posiłki, wystarczy, że interpretujesz sygnały, które wysyła ci twoje ciało i po prostu gotujesz "intuicyjnie". I każdy posiłek staje się prawdziwą ucztą.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My story.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My story.... Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2018

AGA WALCZY Z RAKIEM - opowieść w sześciu sezonach

Prolog
W rozmowach dotyczących chorych na raka często słyszy się takie komentarze: "Ona ma małe dziecko, więc ma dla kogo żyć."
Ja nie mam dziecka, nie było mi dane, nie zdążyliśmy się zdecydować, życie zdecydowało za nas. Czy w takim razie nie mam dla kogo żyć? Czy jestem warta życia?
Odpowiadając sama przed sobą i przed Wami:
TAK. Chcę żyć i być jak najdłużej Agą, bo bez Agi, tej wspaniałej, ale bardzo chorej dziewczyny, nie mogę być z moimi bliskimi i "dalekimi", nie mogę być kobietą, żoną, córką, siostrą, synową, ciocią, przyjaciółką, naukowcem, studentką, pracownicą korporacji, opiekunką suczki Niki i kotki Irci, turystką, miłośniczą Bawarii i ogólnie pasjonatką życia. Proszę pomóżcie Adze, bo choć jest tak dzielna i waleczna, to czasem opada z sił i przyparta do muru odkrywa swoją słabość. Nie potrafiłam tego wszystkiego napisać w pierwszej osobie, ja której zawsze wszystko świetnie idzie, i która już zdążyła zapomnieć, co to jest ból nowotworowy... (wszystko przede mną?). Dlatego odkrywam przed Wami wieloodcinkową historię mojej Agi. Z prośbą o finansowy support, bo dziewczyna jest w tarapatach, a wyjście z nich kosztuje majątek.

sezon 6 (aktualny), odc. 1: Zbieramy na leczenie: 30.000 EURO (ok. 130.000 zł) potrzebne od zaraz na terapię protonową w Monachium. Na taką kwotę aktualnie wyceniono kręgosłup i najbliższe miesiące życia Agi. Tych, którzy zechcą wspomóc prosimy o wpłaty, nawet najmniejszej kwoty, na konto Fundacji Onkologicznej Nadzieja: 
03 1050 1025 1000 0090 7328 2841, tytułem: FON-SUB-WAG07 + Agnieszka Wagner
lub na zrzutkę "protonem w raka".

W poprzednich sezonach:

sezon 1: Diagnoza
Aga ma 29 lat, fajną rodzinę, udany związek, oddanych przyjaciół, pracę, którą wykonuje z pasją. Jest szczęśliwa. Dokładnie 2 listopada (tej daty nigdy nie zapomni) dowiaduje się, że ma raka piersi z gratisem, czyli wieloogniskowymi przerzutami do kości. Rokowania są złe... Szok i rozpacz, ale też dzięki ogromnemu wsparciu rodziny i przyjaciół - szybkie decyzje i działanie: nie poddamy się, zrobimy i zmienimy wszystko co trzeba, aby Aga wyszła z tego.

Po operacji Aga zaczyna półroczną chemioterapię i wielokierunkowe, wymagające wielu zmian i poświęceń leczenie. Nie jest łatwo, też z tego powodu, że trzeba przewartościować dotychczasowe życie. Gdy znajomi, dobijający po kolei do trzydziestki, snują plany na przyszłość, ona nie jest w stanie zamarzyć o niczym innym, tylko o świętym spokoju - życiu bez cierpienia, bez wielkich wyzwań, niemożliwych do zrealizowania zadań i projektów na wyrost, ale też bez niepewności jutra i namacalnego bólu innych chorych, którzy tłumnie zapełniają korytarze centrum onkologii i ledwie stojąc lub ledwie siedząc czekają na niepewną ulgę w cierpieniu.
Po zakończeniu terapii wyniki badań pokazują, że Aga jest "czysta". Najpierw radość i ulga, ale zaraz potem ostudzenie emocji - to dopiero początek, bo Aga nigdy nie będzie mogła przestać się leczyć. Medycyna takiego scenariusza nie przewiduje, bo w przypadku zaawansowanego raka 5-letni czas przeżycia jest medycznym sukcesem.
Zaczyna się kolejny okres. 

sezon 2: Walka
Aga co trzy tygodnie wraca na kroplówki do centrum onkologii, które nazywa czyśćcem. Nie może pogodzić się z wyrokiem, jaki zapadł odnośnie jej zdrowia i życia. Intensywnie szuka własnej drogi. Chce odmienić swoje życie, podporządkować je utrzymaniu zdrowia. Wraca do pracy zawodowej, ale myśli o zmianie także w tej sferze. Trudno zliczyć wszystko, na co zdecydowała się i czym zajmowała się przez te kilka lat, a było to m.in. przejście na weganizm, praktykowanie makrobiotyki i głodówek, studia z terapii naturalnych, szkoła masażu shiatsu, starty w półmaratonach, praktyka ashtanga jogi, prowadzenie bloga o zdrowiu i odżywianiu, stosowanie medycyny chińskiej i akupunktury (wystarczyłoby tego na 20 odcinków, ale zmieściło się w 10).
Po 4 latach "spokoju" następuje wznowa choroby - przerzuty w płucach i biodrze. Leczenie zostaje przerwane, Aga wypada z "procedury". Szok, moment strachu, a potem ulga - nie wróci więcej do czyśćca, w którym żadna sensowna, dająca całkowite wyleczenie terapia już jej nie czeka. Aga postanawia wziąć pełną odpowiedzialność za swoje zdrowie. Poza tym, mimo niepewności czy wystarczy jej życia (oj, ta fiksacja na coraz gorszych rokowaniach), podpisuje umowę na własny projekt badawczy. Ma nadzieję, że uda się jej go zrealizować. Ma na to w umowie 3 lata.


sezon 3: Ciężar
Aga je. Aga nie je. Aga głoduje. Je to, nie je tamtego. Tam nie pójdzie, bo tam nie ma nic do jedzenia. Tego nie zrobi, bo jest na głodówce. Trudny, pełen wyrzeczeń czas. Bardzo uświadamiający, ale też pełen ograniczeń. Ten rollercoaster trwa półtora roku. Zawroty głowy od jazdy bez trzymanki łagodzi praca, którą Aga znów wykonuje z pasją i która daje poczucie normalności. Zdarzają się też momenty "abstynencji" i beztroski, i życie tak, jak gdyby diagnoza 2 listopada nigdy nie miała miejsca. Bardzo długo jest w miarę dobrze, nie licząc kosztów psychologicznych, ale mniej więcej po roku pojawia się ból w biodrze i pierwsze, z początku prawie niezauważalne problemy ruchowe. Aga wie, że zaczyna przegrywać z rakiem. Chce się poddać, bo czuje się kompletnie bezradna i nie wierzy, że ktoś zdoła jej jeszcze pomóc ocalić biodro, nogę, sprawność, ukochane chodzenie, i patrząc szerzej - także życie. Dla jej najbliższych i przyjaciół, którzy zawsze ją wspierali i ze zrozumieniem przyjmowali jej wybory w kwestii zdrowia, zwątpienie Agi w sens dalszej walki jest ciosem. Na szczęście Aga ma "przyjaciółki od raka". Tylko one są w stanie przekonać ją, że nie wszystko stracone - jest takie miejsce, w którym wraca nadzieja i zdrowie. Aga, Mirek (jej ukochany mąż) i Niki (ich ukochana suczka) wyruszają do Bawarii.


sezon 4: Nadzieja
W małej bawarskiej wiosce, u Lekarza, który jest emanacją wszystkiego, czym/kim lekarz powinien być, Aga znajduje nadzieję i ratunek. Jednak nie tak od razu, bo nie łatwo przekonać kilku innych bardzo fachowych lekarzy, że absolutnie nie po to człowiek jedzie 1000 km za granicę i wydaje tysiące euro na diagnostykę i konsultacje, żeby zdecydować się na wyjęcie całego biodra i amputację części kości udowej, wszystko oczywiście jeszcze z jakimś "marginesem", potem wstawienie fajnej protezy, która może wytrzyma z 10 lat, rehabilitację jakieś minimum pół roku, a to wszystko oczywiście nie pracując (czytaj - nie zarabiając) i modląc się, żeby nie było w tym czasie kolejnych przerzutów. Wisienką na torcie jest gwarancja "małego" kalectwa do końca życia z rakiem. Aga sobie tego nie wyobraża. Na szczęście tym razem trafiła naprawdę dobrze, bo Lekarz z bawarskiej wioski nie upiera się przy sprawdzonych, tradycyjnych metodach, tylko bierze pod uwagę również rozwiązania mniej standardowe, mając przede wszystkim na uwadze wyleczenie pacjenta i jego życie "po raku".
Jest to niesamowicie trudny czas: Aga chodzi o kulach, kości nikną w zastraszającym tempie, ból jest coraz dotkliwszy, pieniądze topnieją. Bliscy wspierają jak mogą, ale są przerażeni, choć starają się to ukrywać. Aga dużo pracuje, projekt posuwa się do przodu - to daje jej nie tylko radość i satysfakcję, ale też poczucie normalności. Po kilku tygodniach pojawia się propozycja - terapia protonowa w Monachium. Aga zostaje zakwalifikowana. Uratowanie biodra i nogi będzie kosztowało 100.000 zł, ale klinika daje gwarancję, że przerzuty zostaną zlikwidowane. Dzięki ofiarności rodziców, rodziny, przyjaciół, znajomych i bardzo wielu nieznajomych udaje się zebrać środki na tę terapię. Wiosnę 2016 roku Aga, Mirek i Niki spędzają w Bawarii. Po 2 miesiącach od zakończenia terapii Aga leci do Norwegii - bez kul. Za dwa kolejne miesiące odbierze wynik tomografu - znów jest czysta. Tak jak w sezonie 1, to nie koniec działania - rak to nie grypa, same protony z niego nie wyleczą, trzeba kontynuować bardzo kosztowne leczenie immunologiczne.

sezon 5: Pasja życia
Po kilku miesiącach od zakończenia terapii protonowej Aga rozpoczyna pracę nad książką. Bardzo pracowicie, pod znakiem studiowania, badania i pisania upłynie jej kolejny rok. Jest bardzo wdzięczna swojemu lekarzowi, za jego profesjonalizm i troskliwą opiekę, swojemu mężowi, za niesamowitą cierpliwość i bezgraniczne wsparcie, rodzicom, za ich nieocenioną pomoc, i długo by jeszcze wymieniać wszystkich (bliskich, dalekich, znajomych i nieznajomych), którzy Adze pomogli. To dzięki nim mogła powstać Agi książka. Aga nie poprzestaje na tym i zaczyna studia swoich marzeń, które są dla niej niesamowitą przygodą. Uczy się z pasją i wkrótce podejmuje dodatkową, wymarzoną pracę, która daje jej nie tylko czystą intelektualną przyjemność, radość i satysfakcję, ale również większe pieniądze, tak bardzo potrzebne na leczenie. Przez te dwa i pół roku, które upływają pod hasłem "rozwój", rak trzyma się w ryzach. Wygląda wręcz na to, że został całkowicie pokonany i że w dniu 40. urodzin, Aga będzie mogła powiedzieć: jestem wyleczona, a pieniądze przeznaczyć na realizację swoich pozazawodowych marzeń i pomoc innym potrzebującym (ludziom i nie-ludziom). Los chce jednak inaczej i płata Adze figla. Kolejna rutynowa kontrola wykazuje liczne rozsiane przerzuty, tym razem w kręgosłupie. Historia po raz kolejny zatacza koło, ale tym razem Aga jest w zupełnie innym miejscu, i życiowo, i w chorobie, niż przy poprzednich wznowach: choć jej nadzieje legły w gruzach, nie podda się i będzie dalej walczyć o kolejne lata życia, bo ma dla kogo i po co żyć. Ten cel został wyceniony na 130.000 zł. Nadzieją na opanowanie kryzysu jest znów terapia protonowa, a po zatrzymaniu inwazji osteoklastów na kręgosłup Agi, kolejne terapie immunologiczne.



wtorek, 7 października 2014

"Wygrać z rakiem" - czyli o zmianach

Wielkim zaskoczeniem była dla mnie wiadomość o śmierci kolejnej (po Małgorzacie Braunek) polskiej aktorki, Anny Przybylskiej. Przyjęłam ją z wielkim smutkiem, jak zresztą każde doniesienie o śmierci z powodu raka
śmierci przedwczesnej, której z pewnością można było uniknąć lub chociaż odsunąć w czasie.
Media piszą o "przegranej walce" Anny Przybylskiej z rakiem. Słowo walka pojawia się dosłownie we wszystkich doniesieniach związanych ze śmiercią aktorki, a także w licznych, przywoływanych materiałach prasowych z nieodległej przeszłości. I jest ono kluczem do zrozumienia, dlaczego aktorka dołączyła do coraz liczniejszego grona tzw. "przegranych". 
Mam nadzieję, że nikt nie zarzuci mi braku delikatności w związku z tym, co chcę w tym poście przekazać. Moją intencją nie jest wytykanie błędów. Każdy ma prawo iść własną drogą i poddać się takiej terapii, którą uzna za najlepszą dla siebie.
Już w starożytności funkcjonowało powiedzenie, że umacniamy to, z czym walczymy. I tak właśnie uważają makrobiotycy. Z chorobą nie należy walczyć, chorobę trzeba zrozumieć, wyciągnąć z niej konstruktywne wnioski i zacząć konsekwentnie działać. Choroby nie spadają na ludzi znienacka, nie są wynikiem ślepego trafu, ani złośliwości losu. Pojawiają się po to, byśmy dokonali zmian w sobie i swoim życiu. I to zmian totalnych, którym poddajemy się z reguły niechętnie, bo wolimy tkwić w tym, co znane, choć co może nam czasem doskwierać i być dalekie od ideału. 
Zwykle się nad tym nie zastanawiamy, ale ile aspektów nas samych i naszego życia wymaga faktycznie zmiany? Z pewnością niejeden. Jeśli spędzasz więcej czasu u kosmetyczki, w spa, czy kupując ciuchy niż w kuchni, przygotowując posiłki, to jest to już pierwsza rzecz wymagająca korekty, bo sygnalizuje, że atrakcyjny wygląd (a jest to przede wszystkim wygląd zdrowy) to coś, co możesz kupić, czego źródło jest poza tobą, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie.
W przyrodzie wszystko podlega nieustannym zmianom...
Ale wracając do meritum. Żadna zmiana, nawet jeśli uznamy, że jest konieczna i dobra dla nas, nie powiedzie się, jeśli nie zaczniemy pracować z podświadomością. Jest to zagadnienie złożone i omówię je w innych postach.
Nie wierzę tak do końca osobom, które doświadczyły raka lub innej tzw. śmiertelnej choroby i radośnie głoszą, że to doświadczenie sprawiło, że teraz cieszą się każdą chwilą i w ogóle są szczęśliwsze. Z moich doświadczeń wynika, że proces dochodzenia do zdrowia jest długotrwały i niestety bolesny w tym sensie, że jeśli rozumiemy istotę choroby, to podejmujemy decyzję o zmianie wielu aspektów własnej osoby i życia. Jest to niezwykle trudne, mam wrażenie, że o wiele trudniejsze niż przejście chemioterapii. Ból psychiczny potrafi bardziej dokuczyć niż ból fizyczny... Ale wolność, którą tylko w ten sposób zyskujemy - od choroby, szpitali, lekarzy, wewnętrznego przymusu robienia/myślenia czegokolwiek, konsumpcji, spełniania cudzych oczekiwań, presji osiągnięcia sukcesu (lista jest długa, więc tutaj ją zamknę) jest warta każdego trudu. Ten niesamowity stan umysłu wolność jest coraz częściej i coraz dłużej moim udziałem, ale okupiony jest ciężką pracą każdego dnia. To dlatego nie jestem w tej chwili skłonna twierdzić, że życie jest piękne i na tym koniec. Owszem, każda chwila jest jedyna w swoim rodzaju i szybko przemija, ale są też momenty trudne i wymagające, i trzeba o tym koniecznie wspomnieć. Jednak trud, o którym piszę, choć w danym momencie raczej obniża nastrój, to później staje się źródłem radości, bo zyskujemy wolność i zdrowie.
Anna Przybylska powiedziała w jednym z wywiadów: "Najbardziej chciałabym wyjść z tej sytuacji, w której się teraz znajduję, i móc funkcjonować tak, jak funkcjonowałam do tej pory. Jeszcze trochę pożyć. Bardzo głęboko wierzę, że mi się uda."
Jeśli osoba chora na raka pragnie żyć tak jak przed diagnozą i niczego nie zmieniać to z perspektywy makrobiotyki jej szanse na wyzdrowienie są znikome. Kluczem do powrotu do zdrowia jest zrozumienie dlaczego i po co choroba do nas przyszła, pragnienie wprowadzenia zmian i ustalenie planu działania: co ja sama mogę dla siebie, swojego zdrowia w tej sytuacji zrobić?
Spojrzenie na chorobę jako integralną choć wypaczoną i niepożądaną część nas samych, pozwala nie tylko przestać myśleć o niej jak o wrogu, z którym trzeba walczyć, ale również uwalnia nas od strachu przed nią. Bo skoro posiadamy niezbędne narzędzie a jest nim umysł to znaczy, że mamy kontrolę nad sytuacją i  zdrowie jest w naszych rękach. Zamiast powierzać je ekspertom, sami stańmy się dla siebie najlepszym ekspertem, zacznijmy działać! I zmieniajmy się dla dobra siebie i wszystkich wokół.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Welcome back!

Wracam na bloga po prawie rocznej przerwie, w trakcie której zboczyłam z makrobiotycznej ścieżki. Stało się to stopniowo i skończyło niezbyt pomyślnie - mój organizm dopomniał się o większe skupienie na zdrowiu, o większą dbałość o dietę (bo ruchu, czasem nawet w wersji ekstremalnej, nigdy mu nie odmawiałam;) i o ponowne zweryfikowanie i przedefiniowanie moich priorytetów. Przekonałam się na własnej skórze, że choroba nowotworowa wymaga naprawdę radykalnej i długotrwałej zmiany. Nie popełniłam wprawdzie żadnej zbrodni na swoim organizmie ani psychice, ale prowadziłam styl życia odpowiedni dla osoby w pełni zdrowej wypierając po części fakt, że zdrowa nie jestem. Na szczęście, po prawie 5 latach życia z rakiem, wiem co robić i mam wsparcie wielu osób, w szczególności mojego nauczyciela makrobiotyki, Kazimierza Kłodawskiego.
Po 5 latach leczenia chemią, która okazała się nie do końca skuteczna, dałam sobie szansę na samoleczenie, którego podstawą jest odżywianie makrobiotyczne i wegańskie. Wracam do kreatywnego gotowania - pierwsze nowe przepisy już są w opracowaniu. Inspirację znalazłam na dwudniowych kursach gotowania u mojego nauczyciela, z których relację niebawem zamieszczę na blogu :)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Znalezione w prasie - paradoksy dotyczące diety roślinnej i ekologii

Lubię czytać i dużo czytam, ale nie zawsze to, co warto czytać...
Chwyciłam niedawno "Sens", bo moją uwagę przyciągnął umieszczony na okładce napis "Fajne ciało od dziś!" Ze swojego ciała nigdy nie jestem wystarczająco zadowolona, więc to chwytliwe hasło wzbudziło moje zainteresowanie. Ale nie o tym będę tutaj pisać.

Jeden z tekstów w tym samym numerze (marzec 2013) dotyczył witarianizmu.

Tekst jest rzeczowy i sensowny, są w nim informacje na temat istoty tego stylu odżywiania, przykłady niezwykłych dań w wersji raw i wypowiedzi witarian (m.in. takich, którzy biegają w maratonach i uprawiają trening siłowy).
A na koniec opinia eksperta w akapicie o wymownym tytule "ostrożności nigdy za wiele".
Mowa w nim o tym, że witarianizm "może nie pokrywać zapotrzebowania na niektóre składniki odżywcze, takie jak wapń czy białko", i o tym, że "może prowadzić do niższej gęstości kości czy większej częstotliwości zaburzeń miesiączkowania".

czwartek, 20 grudnia 2012

Kulinarny przewodnik po Poznaniu

W poście, który opublikowałam jeszcze latem, była mowa o wegańskich miejscach w Berlinie. Choć Poznań ustępuje Berlinowi pod względem liczby sklepów i knajp posiadających bogatą ofertę dla wegan, wegetarian oraz makrobiotyków, to jak na polskie (i nie tylko polskie) standardy Poznań jest miejscem bardzo przyjaznym dla roślinożerców:)

Przede wszystkim, Poznań to chyba jedyne miasto w Polsce, w którym każdego miesiąca odbywa się Vegan Lunch – „impreza kulinarna” organizowana przed grupę dziewczyn nazywających się vegan hooligan crew :) Dziewczyny wpadły na genialny pomysł, aby raz w miesiącu organizować w jednej z poznańskich knajp, Meskalinie, lunch z wyłącznie wegańskimi potrawami i deserami. Co więcej, nie dość, że dziewczyny świetnie gotują, to jeszcze każda „edycja” różni się tematycznie od poprzedniej. Tak więc w ciągu roku jest okazja rozkoszować się smakiem potraw wigilijnych, wielkanocnych, poznać niezliczone możliwości wykorzystania w kuchni różnych gatunków dyń oraz różnych rodzajów kasz (jak się okazuje, mogą one przyjąć postać dowolnego dania – od kotleta po sernik), odkryć smaki kuchni z różnych rejonów świata (przypominam sobie lunche zainspirowane kuchnią meksykańską i indyjską), a także docenić pospolitego ziemniaka, z którego, jak się okazuje - można wyczarować przepyszne i zdrowe potrawy. Powinnam jeszcze dodać, że stosunek jakości tego, co jest na lunchu serwowane do ceny jest chyba najwyższy na świecie - na wstępie płacimy 15 zł i za tę cenę możemy do woli smakować różnych wspaniałych i inspirujących potraw. No i jest jeszcze oczywiście aspekt równie ważny jak to, co dziewczyny serwują na lunchach, o ile nie ważniejszy – pokazanie, że weganizm nie polega na rezygnacji czy też odmawianiu sobie czegokolwiek, bo w miejsce tego, czego ze względu na dobro zwierząt i Ziemi decydujemy się nie kupować i nie jeść, pojawia się w naszej kuchni wiele prostych, naturalnych i wartościowych pokarmów i potraw. 
Gdy zaczynałam moją przygodę z makrobiotyką miałam obawy, czy dam radę zrezygnować z tego, co do tej pory jadłam, a co z punktu widzenia makrobiotyki nie pozwala odzyskać równowagi w odżywianiu i ogólnie w życiu (pokarmy zwierzęce, rafinowane, cukier, „czyste” węglowodany itp.). Właśnie tak na to patrzyłam – jak na rezygnację. Jednak już na samym początku okazało się, że rezygnacja nie oznaczała żadnego zubożenia mojej diety, a wręcz przeciwnie, jej ogromne wzbogacenie o pokarmy i produkty, których do tej pory nie znałam, lub nie wiedziałam w jaki sposób wykorzystywać je w zdrowej i inspirującej kuchni. Tak samo jest z weganizmem – rezygnacja z produktów zwierzęcych to tylko pozorne zubożenie jadłospisu, bo w ich miejsce pojawia się mnóstwo innych wartościowych i smacznych produktów i pokarmów (który z mięsożerców wykorzystuje regularnie w kuchni wodorosty, algi, kilkanaście rodzajów kasz, fasolek i soczewic?). 
Wracając do głównego wątku tego posta, Vegan Lunch to „impreza” z misją, której celem jest dotarcie przez żołądek do rozumu, do świadomości ludzi, którzy już samym przyjściem na taki lunch pokazują otwartość na weganizm, choć oczywiście są też tacy, którzy po prostu korzystają z możliwości najedzenia się do woli za pół darmo. Chciałabym wierzyć, że choć 10 procent nie-wegan, którzy odwiedzą wegański lunch w Meskalinie, zacznie na serio rozważać rezygnację z mięsa i pokarmów pochodzenia zwierzęcego, lub przynajmniej znacznie ograniczy ich spożycie. Dobrze byłoby, gdyby niezwykła energia organizatorek lunchu i ich trud (bo przygotowanie lunchu dla kilkudziesięciu osób to naprawdę poważne zadanie) nie poszły na marne. Trzeba być dobrej myśli :) 


Kolejnym punktem na wegańskiej mapie Poznania jest Kwadrat – knajpka mieszcząca się tuż obok Starego Rynku na ulicy Woźnej. Działa ona od października 2011 roku i od tego czasu miałam okazję spróbować większości z występujących w menu potraw i deserów.  W Kwadracie codziennie zmienia się danie dnia: są to najczęściej makarony lub kasze z warzywami i sosem lub zupy, wszystko zawsze doskonale przyrządzone, doprawione, niezwykle smaczne i pożywne. Jednak moim zdaniem, specjalnością tego lokalu są ciasta wypiekane przez właścicieli, które wyglądem przypominają ciasta z najznakomitszych cukierni/piekarni, tylko z tą różnicą, że są w 100% wegańskie. Trzeba też dodać, że ceny w Kwadracie nie są wygórowane w stosunku do jakości (i ilości) serwowanego jedzenia.  Poza daniami dnia, na pewno warto wybrać się tam na naleśniki pełnoziarniste, pyszne sałaty, tosty pełnoziarniste, grzanki panini, a latem – na pyszne koktajle i wegańskie, organiczne lody. Jeśli nie jesteście przekonani, czy warto zjeść lunch lub podwieczorek w Kwadracie, to zajrzyjcie na profil na Facebook’u i obejrzyjcie zdjęcia :) 


Poza Kwadratem, weganie z Poznania i okolic mogą też znaleźć coś dla siebie w organicznej Ekowiarni i działającej od niedawna jej knajpce – siostrze Niesiarkowanej (obie znajdują się w okolicach ulic Ratajczaka i Taczaka oraz Pasażu Apollo). Zaletą obu knajpek jest wysokiej jakości żywność – wszystkie potrawy, desery i ciasta przygotowywane są na miejscu, na świeżo i wyłącznie z organicznych, ekologicznych składników. Podobnie zresztą napoje – bogaty wybór herbat (ziołowych, ale nie tylko), kawy („normalne”, ziołowe i zbożowe), piwa, wina i soki – wszystkie są „eko” i „organic”. Moim ulubionym daniem są zapiekanki z kaszy gryczanej, zupy (codziennie inna), a także ciasta, które są po prostu mistrzostwem świata (np. gryczane ciasto czekoladowe, żytnie razowe muffiny, daktylowiec…).  

Ekowiarnia i Niesiarkowana nie są knajpkami wegańskimi, ale są w 90% wegetariańskie, przy czym oferta wegańska, a także dla osób nietolerujących glutenu, jest dość różnorodna i zawsze można poprosić o zmianę składników, gdyż wszystko przygotowywane jest na bieżąco dla konkretnego klienta. Oczywiście można tutaj też wypić wegańskie cappuccino czy latte, a latem zjeść wegańskie lody na bazie mleka ryżowego. Ceny są „umiarkowanie wysokie” w porównaniu z Kwadratem, ale nie w porównaniu z tzw. suszarniami (restauracjami japońskimi), czy też innymi restauracjami serwującymi dania kuchni świata (indyjskimi, meksykańskimi, greckimi lub chińskimi). Poza dobrą kuchnią, w obu knajpkach co jakiś czas mają miejsce różne wydarzenia – pokazy filmów, warsztaty, spotkania tematyczne, targi rzemiosła artystycznego lub produktów ekologicznych i wiele innych. 

A gdzie na zakupy?
To dość istotne pytanie zważywszy na to, że wegańskie nie zawsze równa się makrobiotyczne, a poza tym makrobiotyka wiąże się z samodzielnym przygotowywaniem posiłków i dostosowywaniem jadłospisu do potrzeb naszego organizmu, które zmieniają się w zależności od naszego samopoczucia, aktualnego stanu zdrowia, stopnia aktywności, pory roku, pogody… Codzienność makrobiotyka to jednak gotowanie w domu, natomiast lunch lub kolacja gdzieś poza domem, nawet jeśli mamy dostęp do wegańskiego lokalu, to wyjątek od reguły (ale jak ważne jest, żeby taką możliwość w ogóle mieć!).
Gotowanie w domu oznacza zakupy niezbędnych produktów. Na szczęście w Poznaniu znajduje się kilka sklepów z tzw. zdrową żywnością (m.in. na ul. Fredry i Podgórnej oraz na placu C. Ratajskiego), z których moim ulubionym jest sklep Vita Natura na ul. Zeylanda 11. Jest to sklep samoobsługowy, znakomicie zaopatrzony (także w produkty typowo makrobiotyczne, jak miso, sosy sojowe tamari i shoyu, tofu i wodorosty) i o niewygórowanych cenach. Można tam kupić także ekologiczne warzywa i owoce.

Jeśli już o warzywach i owocach mowa, to od pewnego czasu działa na terenie Poznania i okolicznych gmin firma Wiem co jem, która specjalizuje się w bezpośredniej sprzedaży żywności od lokalnych rolników i producentów. Sprzedaż prowadzona jest wyłącznie internetowo, a dostawa towaru (każdego dnia w innym rejonie) wliczona jest w cenę zamówienia. Wiem co jem oferuje warzywa i owoce od lokalnych rolników (również z uprawy ekologicznej), które przechowywane są w naturalny sposób (np. marchew przechowuje się zimą w ziemi zamiast w chłodni). Firma nie posiada żadnego magazynu, gdyż zamówione przez nas towary są odbierane od producenta w dniu dostawy. Nie dość, że jakość tych warzyw i owoców jest faktycznie lepsza niż tych kupionych w markecie (miałam okazję przekonać się o tym wielokrotnie), to jeszcze takim zakupem wspieramy lokalnych producentów i nie przyczyniamy się do zanieczyszczania środowiska przez daleki transport (np. zamiast kupować marchew z pobliskiego gospodarstwa, kupujemy w markecie marchew, która „przyjechała” z Belgii lub Holandii). Ceny w marketach są średnio 10% niższe niż w Wiem co jem, ale gdy wybierzemy tę drugą opcję, to jakość tego, co znajdzie się na naszym talerzu będzie o 100% wyższa. Mam nieco mieszane uczucia polecając ten sklep, gdyż sprzedaje się w nim również mięso (o zgrozo, na Święta polecają jagnięcinę), ale z drugiej strony działalność Wiem co jem ma również wiele dobrych stron...

Kończąc ten przydługi, ale mam nadzieję, że przydatny, kulinarny "spacer" po Poznaniu, można optymistycznie stwierdzić, że Poznań jest miejscem przyjaznym weganom i makrobiotykom, i że wcale nie trzeba mieszkać w Berlinie, aby mieć łatwy dostęp do ekologicznych, naturalnych, wysokiej jakości wegańskich produktów, ani też by bywać na fantastycznych wegańskich lunchach :)
Oby tak dalej!

PS. Wszystkie fotki opublikowane w tym poście pochodzą ze stron tych wszystkich miejsc, które tutaj opisałam, i do których linki umieściłam w tekście.

piątek, 29 czerwca 2012

Którędy po zdrowie?

W poniedziałek, całkiem przypadkiem oglądałam program tzw. śniadaniowy (zwykle nie mam okazji, bo telewizora w moim domu brak). I dowiedziałam się, że zmarła Magda Prokopowicz, założycielka i prezeska fundacji Rak'n'roll. Oczywiście puściły mi nerwy, jakoś nie jestem w stanie odciąć się emocjonalnie od wiadomości, że ktoś umiera na raka. O Magdzie było dosyć głośno, powstał o niej film, udzielała się także społecznie w wielu akcjach, o których pisano i mówiono w mediach. Zmarła po 8 latach walki z nowotworem i choć przez wszystkie te lata wierzyła, że ją wygra, niestety przegrała. 
Gdy docierają do mnie takie smutne wiadomości, ogarnia mnie na moment zwątpienie. Może i mnie czeka taki los? Choć od zakończenia chemii minęły dwa lata i mam się dobrze - jestem zupełnie "czysta", nie ma śladu po nowotworze, żyję całkiem normalnie i tylko od czasu do czasu zdarzają się gorsze dni, to jednak informacje o tym, że komuś się nie powiodło sprawiają, że przychodzi mi do głowy myśl: a co jeśli zostało mi mało czasu?
Szczerze mówiąc, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może przyspieszyłabym podjęcie jakichś decyzji, może wyruszyłabym w podróż dookoła świata, może spięłabym się i przebiegła półmaraton albo nawet maraton. Może. Wiem natomiast, że nie zmieniłabym mojego makrobiotycznego stylu życia, bo uważam, że jest on "luksusowy", i że prowadzi mnie on prostą, choć nie zawsze łatwą, drogą do zdrowia.
Po momencie zwątpienia, czy faktycznie będzie tak jak zakładam - że uda mi się przeżyć kolejne 70 lat (tak, tak - mam zamiar obchodzić setne urodziny i cieszyć się w tym dniu dobrym zdrowiem:), przyszła mi do głowy myśl, że przegrana walka Magdy to kolejny dowód na bezradność medycyny wobec raka i na to, że oddanie się w ręce lekarzy i zaufanie im, nie sprawi, że wygramy z chorobą. Oczywiście zawsze znajdą się głosy, że dzięki medycynie ktoś przeżył dłużej niż wskazywały na to rokowania, ale przecież nie o to chodzi. Przynajmniej nie mnie. Nie chcę być do końca życia skazana na przyjmowanie ciężkich leków i regularne wizyty w szpitalu. Chcę być niezależna od lekarzy, służby zdrowia i farmacji i korzystać z ich usług tylko w wyjątkowych wypadkach. Marzyłabym, żeby kiedyś w Polsce, na wzór Niemiec, każdy sam mógł decydować czy leczy się konwencjonalnie czy nie, i żeby te decyzje były szanowane a każdy sposób leczenia refundowany. Z pewnością zmieniłabym wtedy onkologa (i każdego innego specjalistę) na lekarza medycyny chińskiej. Mam do medycyny chińskiej 100% zaufanie, bo nie traktuje się w niej człowieka jako zespołu narządów, tylko jako całość, a leczenie polega na doborze odpowiedniej diety i ziół i prowadzeniu odpowiedniego stylu życia. Akupunktura jest tutaj tylko dodatkiem, ale jakże skutecznym! (Wiem, bo sama się przez jakiś czas w ten sposób leczyłam, niestety mój portfel tego nie wytrzymał na dłuższą metę, a i z przestrzeganiem wszystkich zaleceń miałam czasami problemy).
Nie wiem, jaki los mnie czeka, choć liczę na to, że osiągnę to, do czego zmierzam. Wiem, czego chcę i wiem jaka droga mnie do tego zaprowadzi (choć gdy moje hormony w wyniku terapii wariują, to ja wariuję razem z nimi i są dni, że nie wiem ani czego chcę, ani po co żyję).
Nie wierzę, że jakiś lekarz będzie za wszelką cenę walczył o moje życie, ani że zależy mu na tym, żebym przestała być pacjentką tego przedsionku czyśćca, jakim jest centrum onkologii. To, jak będzie zależy głównie ode mnie i od tego, czy los będzie mi sprzyjał. Słowa Magdy Prokopowicz (jedno z przykazań jej antyrakowego dekalogu):
"Medycyna konwencjonalna jest podstawą w leczeniu raka! Próbowałam wielu dodatkowych metod, ale to chemia, naświetlania i hormonoterapia mi pomogły!"
powinny dać wszystkim do myślenia. Te metody często faktycznie pomagają, ale równie często mocno szkodzą, a co najważniejsze - nie leczą.
Rak to nie wyrok, ale nie każdemu uda się go "wyrollować" za pomocą medycyny. On prędzej czy później wróci. Historia Magdy, ale również dr Davida Servan-Schreiber'a, autora "Antyraka" (swoje ostatnie miesiące spisał we wspaniałej książce "Można żegnać się wiele razy") i milionów innych ludzi, którzy przegrali życie z rakiem to przestroga i powód, aby zastanowić się w jaki sposób dbamy o własne zdrowie i na ile jest ono dla nas ważne. Cokolwiek robimy, myślimy i czujemy ma na nas wpływ. I w tym należy szukać lekarstwa i sposobu na zachowanie (lub odzyskanie) zdrowia i osiągnięcie długowieczności.